
Melodramat. Nic nadzwyczajnego. Nie będzie happy endu. Reżyser, Derek Cianfrance przesyła widzom smutną walentynkę (tłum. blue valentine). Film jest dogłębną wiwisekcją umierania miłości w związku. Bywa różnie. W życiu Cindy (Michelle Williams) i Deana (Ryan Gosling) zdarzają się tragedie małe i duże. Jednego dnia problemem jest obrzydliwa owsianka, a kiedy indziej, zniknięcie psa, które, de facto, zapowiada wykolejenie pociągu zwanego małżeństwem.
Ich związek gnije od środka. On, malarz pokojowy, ceni swoją robotę, bo browar o poranku, jeszcze przed pracą, to żaden kłopot. Ona ostro zasuwa na stanowisku pielęgniarki. Na jej twarzy wyłania się fizyczne i mentalne wyczerpanie. Cindy pragnęła zostać lekarzem, ale aspiracje dotyczące kariery zostawiła za sobą, kiedy przyszła wiadomość o nieplanowej ciąży. Deanowi najwyraźniej wystarcza status męża i ojca. Nie wybija się. Cindy oczekuje od życia i od swojego małżonka czegoś więcej. Jednak, nie określa jasno swoich marzeń, wymagań, rozterek… Wtedy, poznajemy Cindy sześć lat młodszą. Reżyser filmu przeplata słodką przeszłość z gorzką teraźniejszością. Retrospektywy przynoszą barwne zwroty akcji, zaskakujące spotkania, wreszcie, uzupełniają blednący obraz miłości Cindy i Deana.
Co poszło nie tak? Strzała Amora trafiła ich natychmiastowo, ona gotowa była tańczyć w środku nocy na ulicy, on szarpał cztery struny ukulele i śpiewał „You Always Hurt the One You Love” (posłuchajcie: http://www.youtube.com/watch?v=sYut9FdRt3w&feature=related). Bez skrępowania, z fascynacją, spowici zauroczeniem, wolni. Czy wtedy przypuszczali, że ich sen na jawie okaże się koszmarem… Derek Cianfrance nie obwinia żadnej ze stron, wskazuje raczej na szczeliny, które pełniły rolę znaków ostrzegawczych. Bez rezultatu. Niczym rak, zakrada się w ciszy, dzień po dniu osłabia więzy, oddala ludzi od siebie. Doprowadza do samotności we dwoje. „Blue Valentine” nie byłby tak wymowny, przejmujący, szczery, gdyby nie aktorski duet – Williams i Gosling – rewelacja!
