niedziela, 3 lutego 2013

Ale piękna katastrofa!

Przyjechali do tropikalnego raju na świąteczny relaks, a zastali Armagedon. Losy pięcioosobowej rodziny nawiązują do tragedii z 2004 roku, kiedy tsunami spustoszyło wybrzeża Azji Południowej. Reżyser Juan Antonio Bayona nie przedłuża, niemal na wstępie funduje nam żywioł. Wymarzony urlop zamienia się w walkę o przetrwanie, a później w poszukiwania reszty rodziny. Budowanie napięcia wychodzi tutaj niezwykle płynnie, bo w końcu wszystko kręci się wokół niszczycielskiej wody. Najpierw uderza w nas potężna fala, brak nam tchu, walczymy z rwącą siłą, lecą w nas samochody, dachy, chodniki, trupy. To dopiero pierwszy cios. Maria (Naomi Watts) odnajduje najstarszego syna, Lucasa( fenomenalny debiut Toma Hollanda), ale mąż i dwójka pozostałych dzieciaków przepadli bez śladu. Bayona wie że aby sprzedać widzom katastrofę, musi być realistycznie – i jest aż do bólu, aż do kości, krwi, siniaków, jęków, krzyków i wszystkiego tego, co sprawia, że fizycznie czujemy ten film. Z licznymi obrażeniami Maria trafia do miejscowego szpitala, jest wyczerpana. Lucas oswaja się z myślą, że ojciec i bracia nie przeżyli tsunami. Ten beztroski nastolatek w ciągu kilku dni gromadzi w swojej głowie obrazy i przeżycia które z łatwością mogą doprowadzić do załamania nerwowego. Ale on się nie poddaje. Towarzyszy matce, która ostatkiem swoich sił walczy o przeżycie. Czy rodzina odnajdzie się w tym tajskim koszmarze? Nie spalę tego napięcia, które bezbłędnie wbija w fotel. Pomimo tego, że w „Niemożliwym” nie obędziemy się bez emocjonalnych sztuczek i sentymentalnych klisz, mamy poczucie, że uderza w nas tsunami, a nie, że oglądamy efekty specjalne. Trochę gęsiej skórki, odrobina wzruszeń i oczyszczająca fala.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz